Medytacja i praktyka taijiquan

Często określa się taijiquan jako "medytację w ruchu". Ćwiczący jednak wiedzą, że na treningu zajmujemy się praktycznymi, skutecznymi rzeczami, niewiele mającymi wspólnego z duchowością i religią. Po prostu ćwiczymy. W tym wypadku wrażenie dysonansu powstaje na skutek nieprawidłowego rozumienia terminu – "medytacja".

Medytacja to nie religia, lecz metoda poznania, stosowana przez ludzi o bardzo różnych poglądach. Rozwinęła się zresztą w czasie, gdy na świecie szerzyły się systemy niereligijne. W Chinach to okres tworzenia się szkół filozoficznych, wśród których najbardziej związany z omawianą dziedziną jest daoizm. W nieco podobnym czasie w Indiach powstaje buddyzm i dżinizm, też używające metody medytacyjnej. W śródziemnomorskim kręgu kulturowym powstaje wtedy jońska filozofia przyrody, a niedługo potem dochodzi do rozwoju różnorakich szkół filozoficznych, z których np. pitagorejczycy i zwolennicy Platona często uciekają się do zbliżonych metod pracy z umysłem.

Wszystkie te szkoły łączy jedno: nie zajmują się istotami boskimi, mitami, legendami itd. Usiłują rozpoznać rzeczywistość i wyciągnąć wnioski co do tego, jaki jest poprawny sposób zachowania się w świecie. Co jest skuteczne, daje szczęście lub przynajmniej pozwala uniknąć cierpienia. Na czym polega rola człowieka i jak ją odpowiednio realizować. Wszystko to w oderwaniu od uświęconych tradycją poglądów i objawień, zsyłanych przez bóstwa. W okresie gwałtownych zmian politycznych i gospodarczych tradycyja nie mogła pomóc w zrozumieniu i rozpoznaniu trudnej rzeczywistości.

Ówcześni ludzie zaczęli się odwoływać do rozumu i własnego doświadczenia, co jest sprzeczne z postawą religijną, opartą na zewnętrznych autorytetach, a nie samodzielnej aktywności myślącego. Dla każdego, który uczciwie stara się obserwować i myśleć jasny staje się podstawowy problem. Na ogół to, co wiemy i czego się spodziewamy wpływa na to, co widzimy i czego doświadczamy. Na wynik obserwacji wpływają też nasze emocje i chęci. Uprawnienie można twierdzić, że ludzie widzą na ogół nie to, co się dzieje, lecz to, czego się spodziewają, czego się obawiają lub czego chcą. Rozpatrując rzecz dalej, trzeba uznać, że nasz obraz świata zależy też od budowy naszych zmysłów. Nasze oczy, uszy i emocje, choć pozwalają nam na praktyczną orientację w świecie, dostarczają nam tylko takie informacje, które w danej sytuacji są nam praktycznie potrzebne. Powstały obraz świata jest jednak bardzo zubożony i subiektywny. Pozwala znaleźć pożywienie i uniknąć zagrożeń, umożliwia wykonywanie praktycznej pracy, ale niewiele więcej. Zapewne to ograniczenie powoduje, że ludzie tak łatwo odwołują się do obrazu świata, narzuconego przez religijne autorytety. W wypadku gwałtownych zmian w otoczeniu te powstałe w innych okolicznościach poglądy nie pozwalają działać naprawdę adekwatnie do tego, co się dzieje, prowokując różne konflikty.

I tu właśnie pojawia się medytacja. Odpowiednio ćwicząc i uspokajając umysł, obserwator stara się "zapomnieć" dotychczasowe doświadczenia, wyciszyć emocje i przestać oceniać to, co się dzieje. Po to, by nie wpływały one na obraz rzeczywistości. Buddyści posługują się metaforą polerowania umysłu, aż stanie się on jak zwierciadło, odbijające rzeczywistość taką, jaka jest. Jest to więc metoda daleka od czci dla jakichkolwiek autorytetów i przekazanej z zewnątrz wiedzy, jak najbardziej racjonalna.

Poważnym problemem pozostaje natomiast uzależnienie od budowy zmysłów. Jeśli jednak rzeczywistość jest ciągła (co dla człowieka, który nie ocenia i nie rozróżnia jest raczej oczywiste), należy przyjąć, że nasze własne ciało i umysł są jej częścią. Jeśli nie są one jakość szczególnie inne, muszą działać na tej samej zasadzie i według takich samych praw. A nasz umysł i ciało są dostępne obserwacji bez użycia zmysłów, bezpośrednio. Jeśli tylko nie skupiamy się na tym, czy coś jest przyjemne, czy nie, czy czegoś chcemy, czy nie, możemy poznać się, a tym samym poznać świat.

Należy zwrócić uwagę, że w trakcie takiego poznania nie da się utrzymać pozycji zewnętrznego obserwatora. Jest on jednocześnie obserwowanym. Postawa ta przenosi się także na zewnętrzną rzeczywistość. Medytujący nie obserwuje jej z zewnątrz, lecz jest wewnątrz poznawanego świata, jest jego częścią. Ponieważ rezygnuje z emocji, oceny i rozróżniania, traci własne granice i rozpływa się w świecie. Ale właśnie dlatego poznaje go bezpośrednio, bez potrzeby wyciągania wniosków z zewnętrznej obserwacji. Dalej jednak jest to postawa racjonalna, próba rozwiązania trudnego problemu teorii poznania.

Dla kogoś, kto przykłada się do ćwiczenia taijiquanu sytuacja ta powinna wydać się znajoma. Trening ten polega między innymi na uspokojeniu umysłu, rezygnacji z oceniania i bezpośrednim poznawaniu reakcji własnego umysłu i odczuwaniu tego, co dzieje się w ciele. Gdzie rodzi się i jak przepływa siła, jak porusza się uwaga, jak połączone są części ciała. By w konsekwencji, dzięki rozluźnieniu objąć uwagą nie tylko umysł, własne ciało w ruchu, ale i zewnętrzną sytuację, w jakiej się znajdujemy. Dla wojownika cenne jest rozpoznanie, co przeciwnik i inni ludzie naprawdę robią i gdzie jest ich cel. Jeśli zrezygnujemy z robienia wrażenia, straszenia, jeśli nie skupimy się na doznanych krzywdach, nadziejach i obawach związanych z konsekwencjami sytuacji, nasze ciało dostarczy nam obiektywnych informacji, co się realnie dzieje. Ponieważ doświadczamy tego bezpośrednio, nie musimy tracić czasu na obróbkę danych i wyciąganie wniosków. Reakcja może być równoczesna z akcją przeciwnika. Nie ze względu na trening szybkości i wysiloną koncentrację, lecz właśnie dzięki temu, że ich nie ma. Są przejawem absorbującej interpretacji z zewnątrz. A "zewnętrzny" obserwator zawsze się spóźnia…

Należy tu zastrzec, że rezygnacja z oceniania rzeczywistości i związanych z nią uczuć nie oznacza braku emocji. Jeśli przyzna się, że rzeczywistość jest ciągle w ruchu, to umysł, będący jej częścią funkcjonuje według tych samych zasad. Nie może pozostać w statycznym, kamiennym spokoju. Musiałby się oddzielić od otoczenia, więc stracić z nim kontakt. Spokój medytującego określa więc cytat: Ilekroć jest wiatr, są fale. Gdy wiatr ustaje, woda jest spokojna. Oznacza to adekwatną reakcję na aktualne bodźce, nie rozpatrując, czy jest ona emocjonalna, racjonalna czy fizyczna. Według dalekowschodniej tradycji nie rozróżnia się emocji od myśli, a myśl jest nierozerwalnie związana z działaniem ciała. Ich spokój polega na zgodności z tym, co się dzieje. Nie ma więc między nimi napięcia i niezgodności. Też na tym, że reakcje na bodziec odchodzą w przeszłość razem z tym, co je spowodowało. Teraz mamy nowe bodźce (należy do nich też cisza) i nowe, aktualne i adekwatne reakcje.

Jak widać, taijiquan rzeczywiście posługuje się metodą medytacjyjną. Oczywiście, jest to medytacja w ruchu. Przyjmując, że świat jest też w ruchu, jest ona jak najbardziej odpowiednia. Tylko że nasza sztuka to sztuka walki, więc posługuje się nią w celach praktycznych. Umiejętność adekwatnej reakcji na to, co się naprawdę dzieje jest dla wojownika bezcenne. Także postawa, że się jest tu i teraz, a nie rozmyśla o przyszłości, czyni człowieka nieustraszonym. Przyszłość jest zawsze niepewna, a umysł ludzki obawia się nieznanego. Tego, co obecne, już znane nie obawiamy się aż tak bardzo… Strach i stres nie powstrzymuje więc od niezbędnego działania. Wygląda na to, że wojownik medytujący to wojownik idealny.

       Jaromir Śniegowski