Wspaniałość i nędza kart Multisport (i zbliżonych)

Korzyści | Szkodliwość systemu | Szkody z dominacji na rynku

Od dłuższego czasu pytający o zajęcia taiji jednym tchem pytają też o honorowanie kart Multisport. Wygląda na to, że taka opcja jest atrakcyjna. Jeśli komuś zależy na umiejętnościach, czy choćby dobrej kondycji fizycznej, powinien pytać się o grupy, które takich kart nie przyjmują. Jest to gwarancja dobrego poziomu i tego, że czas i pieniądze na zajęcia nie zostaną zmarnowane.

Już widzę oburzenie posiadaczy. Pozornie taki sposób opłacania zajęć jest korzystny. Dla ćwiczącego, bo płaci mniej. Dla rozprowadzającego i dofinansującego karty pracodawcy – bo może przyznać pracownikom bonus, nie obciążony składką na ubezpieczenie, podatkiem i innymi opłatami. Poza tym za jednym zamachem odfajkowuje działalność społeczną. Przecież propaguje aktywność fizyczną. Mówiąc współczesną polszczyzną, możne chwalić się "działalnością prozdrowotną". Oczywiście, firmia, wypuszczająca karty, zadowolona jest tym bardziej, bo przechwytuje sporą część pieniędzy, przeznaczonych na kulturę fizyczną.

Dlaczego więc tak atrakcyjna rzecz ma dyskwalifikować grupy, które takie karty przyjmują? Na zdrowy rozum… No właśnie. Na zdrowy rozum taka działalność nie jest bezinteresowna. Przecieź nikt nie zbiera pieniędzy po to, by przekazać je prowadzącym ćwiczenia. Chodzi o zysk, a on skądś się musi brać. Nie moża narzucić wysokiej marży, bo by się to nie opłacało. Trzeba więc wziąść hurtem pieniądze za cały miesiąc, a potem płacić tylko za wykorzystane przez beneficjentów godziny. Doświadczenie uczy, że ludzie uczęszczają na zajęcia fizyczne nieregularnie. Oczywiście, gdyby to była nauka języka nikomu by to nie przyszło do głowy. Wszyscy wiedzą, że w tym wypadku trzeba regularności i przychodzenie od czasu do czasu zdarza się tylko wyjątkowym leserom. Lub osobom, biorącym lekcje indywidualne. Natomiast aktywność fizyczna jest w hierarchii potrzeb bardzo nisko, daleko, nie tylko za pracą, ale rodziną, życiem towarzystkim, jedzeniem, alkoholem itd. Więc z całą pewnością większość osób wykorzysta tylko część zajęć. Komuś, kto bierze (nawet niewielką) opłatę hurtem, a płaci fitnesom, szkołom sztuk walki czy jogi tylko za wykorzystane godziny zostaje więc przyzwoita sumka.

Oczywiście, prawie wszyscy, zastanowiwszy się, możemy powiedzieć, że nieregularne uprawianie sportów i sztuk nie ma sensu. By opanować taijiquan czy jogę trzeba dokładnie takiej samej systematyczności, jak przy nauce języka. Jest to nawet trudniejsze, bo trzeba sobie poradzić nie tylko z własnym opornym mózgiem, ale jeszcze ciałem. Przy nauce języka też wiedzieć nie znaczy umieć. Trzeba jeszcze regularnej praktyki. W sztukach walki czy jodze ta odległość między wiedzieć a umieć jest jeszcze większa. Tu, jeśli się nie umie, nie można zrozumieć ćwiczenia, więc jeśli wydaje się nam, że coś wiemy o tym, czego jeszcze nie umiemy, oznacza to że jesteśmy kimś na granicy mitomana i narcyza.

Nawet jeśli chodzi o normalną aktywność, jak gry zespołowe, siłownia czy aerobik, to uprawianie ich z przerwami oznacza tylko narażanie się na kontuzje. Mówi się, że lepiej od czasu do czasu, niż wcale. Nieprawda. Ktoś, kto nie ćwiczy całkiem, będzie miał po prostu słabą kondycję, małą powierzchnię płuc i mało wydajne serce, a często też nadwagę. Ten kto ćwiczy od czasu do czasu będzie miał to samo, ale jeszcze uszkodzenia chrząstek stawowych, ponadrywane więzadła i przyczepy mięśni oraz uszkodzony przez gwałtowne przeciążenia mięsień sercowy. I naprawdę wystarczy się nad tym zastanowić, by samemu dojść do tego wniosku. Po prostu nie ma treningu, którego skutki trwałyby dłużej niż dwa dni, niezależnie od tego, jak długi czy intensywny. Potem cofamy się do punktu wyjścia.

Świadomość powyższego powinna uczynić działalność emitenta kart nieopłacalną.

Jednak wystarczy podobną, okazjonalną aktywność przedstawić jako przywilej, wytłumaczyć, że jedną z nich można częściowo zastąpić drugą (np. zamiast na jogę pójść na siłownię, a potem na aerobic), żeby sposób myślenia kogoś tak potraktowanego całkowicie się zmienił. Ponieważ to przywilej, osoba ta z całą pewnością będzie chodziła nieregularnie. Na razie są urodziny kuzynki lub sprzątanie mieszkania, więc nie pójdę na zajęcia, a potem nadrobię. Jeśli okaże się, że forma spadnie, będę chodzić częściej lub uzupełnię siłownią. Przecież można. Oczywiście, skutek będzie odwrotny, mięśnie będą boleć i trzeba będzie zrobić następną przerwę. A potem, nie mając żadnych osiągnięć, zmienić dziedzinę treningu na taką, która będzie naszemu organizmowi pasować. I na następną, bo też jakoś nie działa. Właśnie taki przywilej otrzymują właściciele kart sportowych i nic dziwnego, że dokładnie tak się zachowują.

Wiem, nikt z Was tak nie robi. Jesteście mądrzy, wiecie że regularność w każdej dziedzinie jest niezbędna, a poza tym jesteście dobrze zorganizowani. W końcu nikt nie zmusza do nieregularnego uczęszczania na zajęcia. Jeśli nawet, to przeciętna większość ludzi z całą pewnością robić tak będzie. A więc i większość Waszych współćwiczących. Instruktor prawie zawsze na boku pracuje z tymi, którzy ostatnio byli nieobecni (bo muszą nadrobić materiał), reszta grupy nudzi się, nauka nie posuwa się do przodu. Po pół roku niewiele dającej mitręgi wszyscy rezygnują. Zostaną 2, 3 osoby, a szkoła, która nie będzie mogła z tego opłacić sali, sama grupę rozwiąże. Wasze pieniądze, czas i wysiłek zostaną zmarnowane. Stwierdzenia te są owocem wieloletniej praktyki. Grupa, na którą uczęszcza się nieregularnie, nie przetrwa. Jedyną formą opłat, jaka sprzyja regularności treningów, jest składka miesięczna. Kto nie przychodzi, ten traci. A nikt, nawet dobrze sytuowany, tracić nie lubi. Właśnie dlatego staje się klientem Benefit Systems.

Rozpadające się grupy powinny przynosić szkodę także emitentowi kart. A nieprawda. Ktoś, kto taką kartę ma, traktuje ją jako alibi. Wykupił, to znaczy że dba o zdrowie i kondycję. Raczej z niej nie zrezygnuje. Będzie od czasu do czasu wpadał to na pływalnię, to na siłownię. I dalej dostarczał zysków.

Natomiast gdy już wystarczająco wiele osób będzie posiadaczami takich kart, powstanie "masa krytyczna" i prawie nikt z prowadzących kluby czy szkoły nie honorując ich nie będzie mógł liczyć na jakąkolwiek frekwencję i na to, że zarobi chociaż na prąd. Wszyscy więc będą je przyjmowali (na tym polega ten interes) i wszystkie grupy będą działały od przypadku do przypadku.

Ostatnio okazało się też, że jeśli już dojdzie do tej sytuacji (jak np. w Warszawie), firma Benefit Systems zaczyna "przyduszać" właścicieli klubów, nie zgadziając się na podwyżki opłat (a energia zdrożała) oraz ograniczając coraz bardziej możliwość pobierania dodatkowych opłat od uczestników (jeśli była to składka miesięczna, to w jakiś, choćby minimalny sposób wpływało to na regularność uczęszczania). Albo wprost wymuszając obniżki opłat. W Warszawie gwarantująca istnienie szkoły składka to 180-200 zł, natomiast jedna wizyta właściciela karty Multisport Plus to zł 20. Prawie nikt nie przychodzi częściej, niż raz w tygodniu. Niedawno szkoły jogi w w tym mieście wniosły do sądu pozew grupowy przeciw tej firmie o nadużywanie pozycji monopolistycznej na rynku. Gdy już ma ona dominującą pozycję, dusi małe szkoły, doprowadzając do upadku, a sama tworzy za wydarte im pieniądze własne, duże centra sportowe, które przejmują klientelę upadłych.

Nie wierzcie jednak w cuda. Ani jogi, ani sztuk walki na poziomie, gwarantującym opanowanie własnego ciała, tam nie będzie. Bo przecież nie o to chodzi…

Gdy byłem młody, uważano, że cechą charakterystyczną ówczesnego socjalizmu są tzw. "przymiotniki niwelujące"; np. "demokracja ludowa" to był ustrój, nie będący demokracją. "Sprawiedliwość socjalistyczna" to nie była sprawiedliwość. Okazuje się, że szerzej pojęte takie zjawisko jest charakterystyczne także dla kapitalizmu. W imię zysków udziałowców takiej spółki, jak Benefit Systems (w ciągu ostatniego roku przychody wzrosły o 30%, a zysk o 20%) można tak krzewić kulturę fizyczną, żeby spowodować obniżenie jej poziomu. Różnica polega na tym, że w socjalizmie ludzie znosili system, bo musieli. Tu działalność taka spotyka się z ochoczą współpracą osób, które ostatecznie zostaną poszkodowane. Uczestników zajęć.

Wszelkie dane cyfrowe za artykułem Cezarego Kowandy pt. Uboczne skutki benefitu w "Polityce" 2013, nr 21.