Tuishou Chen Yingjuna

Tego roku (2013) seminarium, prowadzone przez Chen Yingjuna w Lanckoronie poświęcone było poprawie form: laojia erlu, z halabardą i włócznią. Przez dwa dni syn wielkiego mistrza pokazywał też, jak ćwiczyć tuishou (Pchające Dłonie) – najpierw formalne, potem przepychanie się.

Ćwiczenia tuishou na seminarium Chen Yingjuna w Lanckoronie

Jak zwykle podkreślał, że tego typu trening nie jest walką – w tej używa się pięści i kopnięć, jeśli to potrzebne. Nawet przepychanie się polega na współpracy dwu partnerów. Gdy dochodzi do rywalizacji, nie ma czasu na doskonalenie się i nikt nie robi postępów. Nie ma więc szans na to, by ktoś tak ćwiczący nauczył się skuteczności w walce.

Zaskoczeniem dla części uczestników było to, że celem ćwiczenia tuishou na wyższym poziomie nie jest odepchnięcie przeciwnika. Nawet w ćwiczeniach przepychania się. Jest to może sukcesem dla początkującego – uwalnia się od zagrożenia atakiem drugiej strony. Dla bardziej zaawansowanego to raczej przegrana – jeśli druga osoba znajdzie się daleko, nawet leżąc na podłodze, zyskuje swobodę ruchów. Nie da się jej kontrolować ani przeprowadzić następnego ataku.

Według Chen Yingjuna podstawowe teksty rodu Chen mówią więc, że naważniejsze jest doprowadzenie przeciwnika do bezradności, trzymając go jednak blisko siebie. Wielokrotnie demonstrował, tak rozbijając przeciwnikowi jego strukturę ciała i zmuszając go do stania na piętach, można robić z nim co się zechce – wielokrotnie uderzać, podcinać, rzucać. Wtedy, gdy dystans jest wystarczająco bliski. Zaś druga strona nie jest w stanie przeprowadzić żadnej sensownej akcji, jeśli tylko uniemożliwi się jej powrót do stania na całych stopach.

Cenna była również uwaga, że prawidłowa struktura ciała pozwala przyjąć nawet mocne uderzenia bez szkody. Natomiast jeśli uniemożliwi się przeciwnikowi zachowanie jej, każdy cios czuje się nie na zewnątrz, lecz wewnątrz ciała. Atak dotyka wtedy narządów wewnętrznych, co szokuje i osłabia przeciwnika. Również to jest powodem, dla którego bardzo silne uderzenia nie są konieczne, choć – oczywiście – umiejętność uderzania przydaje się.

Jednak jeśli doprowadzi się przeciwnika do stanu, w którym nie może zaatakować i zachowuje się nad nim kontrolę, samemu również nie musi się walczyć. I jest to ostateczny, najwyzszy cel umiejętności taijiquanu. Nie jest do tego potrzebna żadna dźwignia, klucz czy inne brutalne sposoby. Niekonieczne też są sprytne uniki. Wystarczy utrzymać partnera cały czas na piętach...