Anegdoty o mistrzach





Bracia Li to przedstawiciele jednego z muzułmańskich stylów sztuki walki, dominujący nad mistrzami wszystkich innych stylów w okresie pobytu w Pekinie Chen Zhaopi. W okresie tym bezrobotni mistrzowie sztuk walki, którzy utracili swą pozycję w wyniku przemian na prowincji i zaburzeń społecznych, ściągali do wielkich miast i wynajmowali się jako nauczyciele samoobrony i członkowie ochrony osobistej bogatych ludzi. Ośrodki miejskie w tym czasie opanowane były przez gangi, skorumpowaną policję i oddziały wojskowe, nie były więc specjalnie bezpiecznym miejscem, władze jednak wymuszały, by nie posiadający oficjalnych stanowisk obywatele nie otaczali się uzbrojoną eskortą, stąd zapotrzebowanie na ochroniarzy, umiejących walczyć bez broni palnej.

Pomiędzy mistrzami sztuk walki istniała jednak silna konkurencja. Bez przerwy dochodziło do walk, w których - w trosce o opinię klientów - najsilniejsi usiłowali wykazać swą wyższość nad pozostałymi. W owym czasie rzadko już dochodziło do zabójstw na tym tle, gdyż władze przestały je tolerować (wcześniej śmierć w walce uważano za zawodowe ryzyko ochroniarza). Od czasu ciężkich walk z muzułmańskimi powstańcami w prowincjach Gansu i Shaanxi w latach 70. XIX w. opinią najwaleczniejszych wojowników cieszyli się chińscy muzułmanie, uprawiający rozliczne sztuki walki, zbliżone do stylów północnochińskich. Ich hegemonię udawało się parokrotnie naruszyć przedstawicielom stylów wewnętrznych - najpierw Yang Lushanowi i jego synom, potem zaś przedstawicielom 'xingyi', jak Guo Yunshen i założycielowi 'baguazhang' Tung Haizhuanowi i ich uczniom.

W czasie pobytu Chen Zhaopi w Pekinie, wszystkich mistrzów sztuki walki zdominowało dwu bardzo silnych braci z rodu muzułmańskich bokserów, braci Li, którzy wyzywali na pojedynki przedstawicieli innych szkół i z reguły wygrywali. Swoją przewagę wyzyskiwali ekonomicznie. By zachwiać tą ich pozycją przedstawiciel rodu Chen postanowił w 1930 r. wezwać najlepszego wojownika w rodzinie, Chen Fake.

Po przybyciu na dworzec kolejowy w Pekinie Chen Fake został powitany przez kuzyna i w jego towarzystwie udał się natychmiast do domu braci Li, nie wiedzących o jego przybyciu. Wszedł do środka, po czym wyrzucił starszego z nich na ulicę razem z fotelem, na którym tamten siedział. Bracia Li nie podjęli walki i zrezygnowali z wyzywania Chen Fake. Przyniosło to przedstawicielowi 'taiji' wielką sławę i przyczyniło się do tego, że wielu znanych mistrzów sztuki walki podjęło trening stylu Chen.


Li Jianhua w latach 30. naszego wieku zaliczał się do wybitnych mistrzów 'baguazhang'. Wraz z innymi osobistościami z dziedziny sztuk walki brał udział w zakładaniu narodowej organizacji sztuk walki. W trakcie dyskusji na temat przyszłego regulaminu zawodów, wdał się w kontrowersję z Chen Fake, który twierdził, że dobremu mistrzowi powinno wystarczać parę sekund, by ocenić, który z zawodników jest lepszy i ma przewagę w walce. By udowodnić swą tezę, przedstawiciel 'taiji' podjął się próby siły z o wiele potężniejszym fizycznie mistrzem 'bagua'.

W parę sekund po tym, gdy obaj mistrzowie stanęli naprzeciwko siebie i złączyli dłonie Chen rzucił Li o ścianę z taką siłą, że pospadały z niej wszystkie wiszące na niej dyplomy. Po tym okazało się, że tynk wbił się tak głęboko w tkaninę odzieży Li, że nie można było jej oczyścić. Niemniej jednak pchnięcie było tak wyliczone, że dysponującemu wielką siłą i wprawą Li Jianhua nic się nie stało. Po incydencie tym uznał on przewagę Chen Fake i został jego uczniem, co w światku mistrzów sztuki walki było sensacją.


Shen San był w latach 30. XX wieku jednym z najbardziej znanych zapaśników chińskich, człowiekiem olbrzymiej siły fizycznej i potężnej postury. W trakcie jednego z wykładów na temat stylu Chen zwrócił się on do Chen Fake o zademonstrowanie, w jaki sposób przedstawiciel 'taiji' walczyłby z zapaśnikiem. Chen zgodził się na próbę sił.

Obydwaj mistrzowie stanęli na przeciw siebie i Shen San ujął nadgarstki Chen Fake w sposób, w jaki zwykle zaczynali walkę zapaśnicy. Wszyscy obecni z uwagą przypatrywali się temu, co się dzieje, licząc na niebywałe widowisko. Bohaterowie spektaklu stali jednak chwilę bez ruchu, po czym roześmieli się i Shen San uznał przewagę Chen Fake.

W trakcie odbywającego się następnego dnia treningu grupy uczniów Chen Fake przybył uroczyście ubrany Shen San i wręczył mistrzowi zwyczajowe podarunki kogoś, kto czuje się wdzięczny za przysługę. Następnie stanął przed uczniami mistrza i wygłosił jego pochwałę. Stwierdził wtedy, że poprzedniego dnia ująwszy nadgarstki przeciwnika nie poczuł żadnego oporu. Nie mógł więc ani pchnąć, ani pociągnąć. W tym momencie zorientował się, że stoi w pozycji, która nie umożliwia mu zachowania równowagi i przeciwnik może w każdej chwili rzucić go o ziemię, bez możliwości stawienia oporu. Mimo całkowitej bezradności Shena mistrz 'taiji' zrezygnował jednak z pokonania go, zadowalając się tym, że obaj mieli świadomość jego przewagi.

Według Shen Sana świadczyło to o wyjątkowo szlachetnym charakterze Chen Fake. Postanowił więc w ten właśnie sposób uroczyście ogłosić, że jego przeciwnik zademonstrował nie tylko fizyczną przewagę, lecz także umiar i właściwą postawę wobec innych osób, godne rozpropagowania wśród adeptów sztuki walki.


Wedle najbardziej rozpowszechnionej wersji Yang Luchan aby móc uczyć się 'taiji', będącego jeszcze wówczas tajemnicą rodu Chen, został parobkiem w Chenjiagou, gdzie podpatrywał nocne treningi i w tajemnicy powtarzał je. Gdy w wyniku bójki z członkiem rodziny Chen jego postępowanie stało się znane, darzący go sympatią Chen Changxing postanowił nie zabijać Yanga, lecz przyjąć go na naukę. Po jej ukończeniu Yang Luchan udał się na wędrówkę po Chinach, w trakcie której stoczył około 100 walk (wszystkie zwycięskie), co dało mu przydomek 'Wuti' ("bez przeciwnika").

Przekazy rodziny Chen mówią jednak co innego. Pochodzący z Hebei, z bardzo ubogiej rodziny Yang Luchan został w wieku 11 lat wystawiony przez nie mogących zapłacić podatku rodziców na "targu ludzkim" (wynajmowano na nim pracowników na długoletnie kontrakty, co w rzeczywistości było formą pół-niewolnictwa). "Kupił" go bogaty członek rodu Chen, Chen Dohu, pierwotnie do pomocy w aptece, którą prowadził w tamtym miejscu, potem do pracy w polu w Chenjiagou. Obawiający się bandytów Dohu postanowił wyszkolić swych domowników w sztuce walki i wynajął w tym celu Chen Changxinga, spadkobiercę rodzinnego stylu. W zajęciach mogli brać udział jedynie członkowie bliższej i dalszej rodziny. Yang Luchan podpatrywał techniki i powtarzał je w nocy. Tajemnica wydała się, gdy wracający skądś wieczorem Chen Changxing dojrzał cień ćwiczącego człowieka, w którym nie rozpoznał żadnego ze swych uczniów. Nakryty na nielegalnym treningu Yang prosił mistrza, by ten nie wydał go przed gospodarzem. Zyskał sympatię mistrza Changxinga, który wymógł na Dohu, by pozwolił mu uczyć tego właśnie służącego, gdy ten nie będzie miał już żadnych obowiązków do wykonania. Dlatego nauka odbywała się nocą lub późnym wieczorem. Trwała ona - wedle przekazów - 6 lat.

Yang Luchan wyrósł na przystojnego i silnego młodzieńca, a Dohu miał 80 lat i był chory. Po jego śmierci w jednym domu mieszkałyby jego żony (niektóre stosunkowo młode) wraz z młodym służącym, co powodowałoby plotki i narażało Dohu na śmieszność. Wobec powyższego gospodarz w obecności służącego spalił kontrakt i pozwolił mu powrócić do domu. W rodzinnej miejscowości Yang Luchan spotkał jednego z sąsiadów Wu Yuxianga, którego bracia byli ekspertami sztuk walki, a jeden z nich piastował funkcję strażnika na dworze cesarskim. Mimo że Yang bez problemów radził sobie z miejscowymi osiłkami, nie mógł odnieść zwycięstwa w pojedynku z braćmi sąsiada, który jednak odniósł się z szacunkiem do jego umiejętności. Skłoniło to Yang Luchana do powrotu do Chenjiagou i podjęcia dalszej nauki u Changxinga, która znów miała trwać 6 lat.

Po tym okresie Yang powrócił do rodzinnej miejscowości, stanął do pojedynku ze strażnikiem cesarskim i wygrał go, zaś zwyciężony polecił go na dworze i sprowadził do Pekinu, gdzie Yang zrobił karierę, nauczając dworzan i bogatych kupców ze stolicy. Mimo to napotykał trudności w walce z niektórymi przeciwnikami i jeszcze raz udał się na paroletnią naukę do Changxinga. Był już wtedy bogatym człowiekiem i chodził w szatach obramionych lisim futrem; by nie drażnić chłopskiej rodziny swego nauczyciela i nie wynosić się nad nich utrzymywał jednak, że to tanie futro psa. Podobno i ten ostatni okres jego nauki trwał 6 lat.


Zaczynając karierę, Yang Luchan nosił się skromnie. Nie był też specjalnie wysokim ani ciężkim wojownikiem. Gdy powiadomiony o jego umiejętnościach jeden z pekińskich bogaczy zaprosił go na obiad, chcąc pozyskać tak słynnego nauczyciela, mocno rozczarował się widokiem swego gościa. Szybko rozkazał więc podmienić podawane potrawy na takie, jakie jadało się codziennie. Yang zasiadł do stołu, skosztował tego, co mu podano i rozpoczął rozmowę z gospodarzem. Zapytany o swe umiejętności stwierdził, że napotkał jedynie trzy rodzaje ludzi, których nie mógł pokonać - ludzi z kamienia, z brązu i z drewna. Podrażniony tym bogacz zaproponował próbę sił z najsilniejszym wojownikiem ze swej straży przybocznej. Yang zgodził się. Gdy napastnik, wysoki i silny mężczyzna wypadł z drzwi i usiłował wykorzystać impet do obalenia gościa, ten usunął się z drogi, "wpuścił go wpustkę" i bez trudu wyrzucił drzwiami przeciwległymi. Na rozkaz gospodarza natychmiast wniesiono przygotowane już drogie potrawy i uczta rozpoczęła się na nowo.

Yang Luchan, mimo że nie należał do najłagodniejszych ludzi (sądząc po tym, jak traktował własną rodzinę), nie zabijał jednak nigdy przeciwników, starał się także ich nie okaleczać. Z tego względu nie podejmował walki z przeciwnikami, którzy - według niego - nie mieli wystarczających umiejętności, by uchronić się przed wypadkiem. Jeden z nich narzucał się mistrzowi, wciąż rzucając mu wyzwania. Znudzony tym Luchan zgodził się w końcu na pojedynek, oświadczając jednak, że z uwagi na różnicę poziomów da przeciwnikowi dodatkową szansę - pozwoli trzy razy się uderzyć. Dwukrotnie napastnik uderzał mistrza w pierś, a ten wciągając klatkę piersiową neutralizował uderzenia jak nadmuchana piłka, bez żadnej szkody dla siebie. Gdy jednak to nie przekonało atakującego, że jego poziom nie wystarczy do tej walki, za trzecim razem Yang użył mięśni klatki piersiowej i brzucha, by odrzucić go na parę metrów do tyłu i powalić na ziemię.


Yang Banhou wraz z bratem był w młodości zmuszany przez ojca do treningu przez 8-9 godzin dziennie. Opornych mistrz traktował batem. Znany później z twardego charakteru Banhou buntował się. Zamknięty przez ojca w komórce, gdzie miał trenować, gołymi rękami rozwalił ścianę 'hutungu' (dom z suszonej cegły, złożony z wielu pomieszczeń, skupionych wokół dziedzińca, ślepymi ścianami zwrócony na zewnątrz), by uciec na ulicę. Trzeba wspomnieć, że z natury był niewysoki i szczupły. Schronił się wtedy w dzielnicy domów publicznych i hazardu, gdzie szanowanemu ojcu nie wypadało się włóczyć i szukać syna. Prowadził wtedy niezbyt przykładne życie, często wdając się w bójki.

Któregoś razu walczył ze sławnym w Pekinie zapaśnikiem. Natężając wszystkie siły zdołał wyzwolić się z jego chwytu i znokautować go. Na czele rozentuzjazmowanych gapiów pobiegł wtedy wprost do rodzinnego domu i przed wejściem zaczął wzywać ojca. Gdy ten wyszedł, Banhou oznajmił o swym tryumfie, zarzucając ojcu, że ten niepotrzebnie zarzucał mu brak umiejętności i lenistwo. Ojciec przyznał mu rację, zwracając jednak uwagę, że syn nie zastosował technik 'taiji', gdyż ma oberwane rękawy, a przecież ich styl nie używa siły...

Po tym wydarzeniu Yang Banhou postanowił wrócić do domu i podjąć dalszy trening pod kierunkiem ojca. Nie był on jednak już tak intensywny, gdyż Yang Luchan zmodyfikował swe metody.

Banhou wyrósł jednak na brutalnego i zdecydowanego człowieka - w przeciwieństwie do ojca zachowywał się niejednokrotnie brutalnie, atakował innych, a paru swych przeciwników zabił (podobno rzucając ich o ściany i słupy w ten sposób, że łamali kręgosłup). Znany jest jednak z zupełnie innej walki. Przechodząc przez prowadzącą nad kanałem uliczkę, został z nagła zaatakowany przez napastnika, który wyskakując z rowu i usiłował wyprowadzić cios w górę. Banhou instynktownie zszedł z linii ataku, uchwycił atakującego za rękę i ubranie, po czym wyrzucił go w górę w ten sposób, że ten znalazł się na dachu sąsiedniego 'hutungu' w tej samej pozycji, w której atakował. Yang roześmiał się i skomentował to w obecności gapiów: "Ten, kto mierzy wysoko, wysoko się znajdzie".


W przeciwieństwie do brata, Yang Jianhou był wysoki, gruby i dobroduszny. Bity batem i zmuszany do wielogodzinnych treningów nie uciekał i nie przynosił wstydu rodzinie, natomiast parokrotnie podejmował próby samobójcze. W końcu i on uciekł, lecz wstąpił do buddyjskiego klasztoru, skąd wbrew jego woli ojciec nie mógł go odebrać. Mimo wielkiej determinacji, Jianhou załamał się jednak, gdy pod bramę klasztoru przyszła jego matka, usiadła i przysięgła, że nie ruszy się stąd, aż jej syn nie wyjdzie. Gdy po trzech dniach siedziała nadal, a zaczął padać śnieg z deszczem, Jianhou zdecydował się powrócić i kontynuować treningi.

Przejścia z obu synami skłoniły jednak Yang Luchana do zmiany metod treningowych - nie stosował już przymusu, usiłował natomiast pobudzić ambicję synów.

Tak jak ojciec, a przeciwnie niż brat, Yang Jianhou nigdy nie zabijał ludzi, starając się nawet napastnikom nic złego nie robić. Jego sposób walki polegał na tym, że unikał ciosów i nie pozwalał się trafić, a uderzenia, które doszły neutalizował mięśniami brzucha. Nie stosował natomiast żadnych technik, które doprowadziłyby do odepchnięcia czy obalenia napastnika. Nagromadzoną energię rozładowywał w atakach śmiechu (co mogło być dość denerwujące dla próbujących go pokonać). Z tego samego powodu Jianhou usunął grot z drzewca włóczni, którą posługiwać nauczył się od ojca. Stosował prosty kij, którym trudno było kogoś nieumyślnie skaleczyć. To też było zapewne powodem, dla którego w walce z uzbrojonymi przeciwnikami lubiał posługiwać się ścierką, a zamiast ostrych strzał miotał kulami (potrafił strącić trzy ptaki naraz trzema kulami).

Podobno czując, że nie ma już energii w 'dantian', Yang Jianhou przewidział własną śmierć - ukąpał się, ubrał w paradne ubranie i uczesał, by nikt nie miał kłopotu z szykowaniem go do trumny, po czym zaprosił krewnych, by im oznajmić własną śmierć i śmiejąc się zmarł.


Przybyły do Pekinu w poszukiwaniu pracy Hao Weizheng uległ panującej wtedy epidemii czerwonki. Ponieważ rozchorował się niedługo po przybyciu i nie dysponował ani pieniędzmi, ani znajomościami, ani kwaterą, leżał chory wprost na ulicy, gnębiony biegunką. Przechodzący Sun Lutang podniósł go, kazał zanieść do swego domu, opłacił leczenie i wyżywienie. Według swej córki, Sun Jianyun, dobrze wiedział, z kim ma do czynienia. Był to więc akt solidarności zawodowej, obliczony też na późniejszą wdzięczność uratowanego.

Inna sprawa, ze Sun Lutang znany był z dobroczynności. W czasach głodu w rodzinnej wiosce powrócił do niej, spalił skrypty dłużne sąsiadów, sprzedał majątek, a pieniądze rozdał potrzebującym.



copyright © Jaromir Śniegowski
Polskie Towarzystwo Rozwoju Chen Taiji Quan
Oficjalna strona Towarzystwa: www.chen.org.pl,  e-mail: chen@chen.org.pl
Treść: Jaromir ŚniegowskiWykonanie stronyTadeusz Jasienski