Nazwy ruchów w taijiquan

Co pewien czas wśród ćwiczących Chen rozpoczyna się dyskusja, jak właściwie tłumaczyć nazwy ćwiczeń i ruchów, składających się na ćwiczenia formalne. Zapytani o to chińscy instruktorzy na ogół się śmieją. Dlaczego więc przywiązuje się wagę do wyjaśnienia tego problemu?

Pomińmy oczywistą chęć wykazania, że wie się więcej od innych, a więc jest się lepszym instruktorem – choć nie jest oczywiste, dlaczego ktoś zajmujący się nazwami lepiej będzie ustawiał biodra uczniom. Ciekawsza jest sytuacja, w której komuś nie idzie ćwiczenie, co jest charakterystyczne dla pierwszej połowy drugiego poziomu rozwoju. Mistrz Chen Xiaowang widzi tu dwa niebezpieczeństwa -- albo ktoś dochodzi do wniosku, że wszystko już umie (zna formy) i rezygnuje z dalszego instruktażu, albo traci nadzieję na opanowanie taijiquanu. W Europie zdarza się jeszcze jedno: widząc, że mimo poznania wszystkich ćwiczeń energia się nie pojawia, adept usiłuje na własną rękę odkryć "sekret" skuteczności, odwołując się do doświadczeń z innych stylów lub szukając wskazówek, np. właśnie w znaczeniu nazw. Skoro znam już ćwiczenia, a mimo wszystko jest nie najlepiej, to widocznie coś źle robię (i inni, którzy mnie uczyli też). Albo mistrz nie przekazał mi wszystkiego, więc muszę mu pokazać, że sam się domyślę. A wskazówki co do prawdziwego sensu ruchów znajdę w nazwach, bo gdzie indziej?

Należy jednak zastanowić się, po co były one Chińczykom. Większość nawiązuje do konwencjonalnych scen ze ścian świątyń, ruchów aktorów opery chińskiej o umownych znaczeniach lub codziennych czynności. Wnioskuję z tego, że przeznaczone były dla osób niezbyt wykształconych. Nie są ani dokładnym opisem ruchu, ani nawiązaniem do wyrafinowanych koncepcji intelektualnych. Oczywiście, bo większość uczniów sztuk walki była pracującymi w polu analfabetami lub ludźmi ledwo piśmienni. By ławiej zapamiętywali ćwiczenia, porównywano je z tym, co często mieli przed oczyma. Inspiracja wyrafinowanymi koncepcjami nie przydałaby się im, bo po prostu by ich nie znali.

Nie dotyczyło to wszyskich ćwiczących. W wypadku wewnętrznych stylów mistrzowie musieli mieć wykształcenie, by stworzyć tak wyrafinowane systemy. Jednak odnosi się to do dość bogatych rodzin, którch prestiż społeczny pozwalał na dostatnie życie. (W Chinach posiadana wiedza sprawiała, że nawet zabijacy otaczani byli szacunkiem.) Spuścizna po tych ludziach przetrwała w tekstach teoretycznych i podręcznikach, których większość z ich uczniów nie mogłaby przeczytać. Są to wskazówki dla następnych pokoleń mistrzów.

Jednak nazwy przeznaczone są przede wszystkim dla początkujących. Komuś pamiętającemu ruchy formy nie są potrzebne, nawet obciążają pamięć. No, chyba że się jej zapomniało i próbuje odtworzyć kolejność ruchów z notatek. Ruchu na kartkach tak naprawdę zapisać się nie da i muszą wystarczać etykiety.

Wniosek z tego taki, że ludziom Zachodu, nie znającym chińskiej opery i nie oglądającym świątnnych fresków stare nazwy nie są zbyt przydatne. Niektórzy adepci, by lepiej się porozumiewać, tworzą własne, jak "młynek", "pół młynka", "rozpędzenie góralskiego wesela", "trzymanie skina za uszy" itd. Oczywiście, to żarty, ale powstają dlatego, że są bardziej użyteczne od nazw tradycyjnych. Te ostatnie i współczesnym Chińczykom niewiele czasem mówią, więc i dobrzy instruktorzy nie mogą ich sobie przypomnieć, a uporczywie pytani wzruszają ramionami.

Dlaczego więc wciąż się je stosuje? Łatwiej się dzięki nim porozumieć ludziom z różnych szkół, władających różnymi językami. Każda zmiana istniejącej tradycji powoduje zamieszanie w tym procesie. Stąd zmiany i uściślanie nazw nie są korzystne. Słuchając różnych instruktorów uczniowie bez dodatkowych informacji nie mogą się zorientować, że mówią oni o tych samych ruchach. Dlatego tradycja (nawet jeśli ukształtowana w Polsce, często wskutek niezbyt prawidłowego przekazu) nie powinna być lekkomyślnie zmieniana, tylko dlatego, że ktoś chce podkreślić fakt, że zna język chiński lub angielski lepiej niż inni.

No dobrze, ale co ze wskazówkami do prawidłowego wykonania ćwiczeń? Czy w nazwach można je znaleźć? To ostatnie jest wątpliwe. Jaka jest szansa, że określony konwencją ruch aktora opery pekińskiej zawiera w sobie tajemnicę skuteczności taijiquanu? Przecież ukształtował się w zupełnie innych okolicznościach. To samo, jeśli chodzi o wzorce ikonograficzne fresków świątynnych, powstałe ze względów estetycznych i teologicznych w średniowieczu. Nie miały one wiele wspólnego ze sztuką walki, stworzoną w drugiej połowie XVII w. Usiłując pomóc swym niewykształconym uczniom, mistrzowie kierowali się powierzchownym podobieństwem do postaw sztuk walki. Także gdy brali pod uwagę znane czynności gospodarskie, jak obróbkę kokonów jedwabnych i przędzenie nici. Jako że prace te wykonywali ludzie, często studiujący też sztukę walki, mógł zajść odwrotny proces – gdy nawyki ruchowe z treningu przenoszą się na życie codzienne.

Reasumując – nazwy przeznaczone były dla początkujących, dla których bardziej zaawansowane aspekty ćwiczeń były niedostępne. Nawiązywały do zdarzeń z codziennej rzeczywistości XVII i XVIII w. w Chinach, które w dość przypadkowy sposób przypominały postawy stylu Chen. Obecnie, gdy ruchy i instruktaż do nich zapisuje sie w plikach wideo, rola ich się zmniejsza. Służą do łatwiejszego dogadywania się między adeptami. Czy można się w nich doszukać głębokiego sensu ruchu lub ćwiczenia? Może, lecz to raczej wątpliwe. Jeśli ktoś chce, może próbować.

Jak więc ćwiczyć bez tych wskazówek? Po prostu nie tracić czasu na dywagacje, ale codziennie powtarzać ćwiczenia i poważnie traktować zalecenia instruktorów i mistrzów. Nie usiłować za wszelką cenę dodawać czegoś od siebie. Za jakiś czas efekty się pojawią. U jednych szybciej, u drugich wolniej. Im więcej czasu poświęcimy na własne "wynalazki", tym pewnie później. Trzeba wielu lat, by poznać taijiquan wprost, bez dodatkowego kombinowania. Zależy to tylko od pracy, i przydarza się też osobom niezbyt inteligentnym i wykształconym. Yang Luchan był analfabetą, w każdym razie pracując jako parobek w Chenjiagou i ucząc się u Chen Changxinga. Nie przeszkodziło mu to zostać wybitnym mistrzem, u którego uczyli się cesarscy dworzanie. Odznaczał się tylko wyjątkową determinacją. Taka jest więc droga do doskonałości i – niestety – nie ma skrótów.


…nie są korzystne
Wyobraźmy sobie, że mamy apteczkę, w której w jednakowych butelkach chowamy różne leki. Są oznaczone odpowiednimi etykietami. Ustawiczna wymiana ich na jeszcze lepsze, lecz inaczej wyglądające, nie poprawi sytuacji. W końcu ktoś się zatruje.
powrót