Certyfikacja instruktorów
W Europie jednym z podstawowych zadań organizacji sztuk walki
jest wydawanie patentów instruktorskich, zwane teraz z angielskiego
certyfikacją. Dla wielu z uczestników jest to główny powód wstępowania
do nich. Za stosunkowo niewielką sumę dostaje się papier,
potwierdzający umiejętności i kwalifikacje do nauczania, który
ma nieobojętne znaczenie marketingowe.
Istnieje jednak parę powodów, dla których podobne zjawiska
nie są korzystne dla nikogo, oprócz posiadaczy patentów.
Po pierwsze, nie jest to zgodne z tradycją. Dawni mistrzowie
przyjmowali niewielu uczniów, którzy byli prawie członkami rodziny.
Dobrze orientowali się nawzajem w swoich umiejętnościach. Zdawanie
egzaminów i wystawianie dyplomów w takich warunkach byłyby raczej
śmieszne. Jeśli mistrz miał renomę poza swym miejscem zamieszkania,
dotyczyła ona także jego najbardziej znanych uczniów. Nie potrzebowali
dyplomów, jeśli wystarczyły ich nazwiska. Dla działalności
marketingowej znaczenie miały nie papiery, lecz wyniki walki
na leitai lub turniejów, organizowanych przez dowódców
wojskowych, poszukujących instruktorów dla swych oddziałów.
Tam również nie pytano o dokumenty. Wydawanie ich oddala nas więc
od korzeni stylu i zasad, według których działał. Rzeczywistość
co prawda zmienia się i musimy się do niej przystosowywać, lecz
w tym wypadku zmiana nie załatwia żadnych istotnych problemów.
Pozornie dyplomy są potrzebne potencjalnym studentom przyszłych
instruktorów. Dzięki nim są w stanie się zorientować, czy osoby te
rzeczywiście mogą nauczyć tego, co obiecują. (O ile oczywiście spotka
się adeptów, którzy przejmują się kwalifikacjami instruktora,
a nie ceną i wygodnymi godzinami zajęć.)
Co prawda legitymacją instruktora są jego umiejętności, ale niewielu
ludzi spoza środowiska na pierwszy rzut oka może się w nich
zorientować*.
Jednak dyplom w rzeczywistości świadczy wyłącznie o poziomie
umiejętności i zrozumienia stylu z czasu, w którym został wydany.
Utrzymanie i pogłębienie formy wymaga stałego i prawidłowego treningu.
Osoba, która w przekonaniu o własnej doskonałości zaniedba go szybko
traci to, o czym dyplom zaświadcza. Po upływie paru lat zdarza się
też, że ktoś początkowo dość mądry wpada na pomysły własnych
udoskonaleń, prowadzących go bardzo daleko od zasad stylu, a nawet
zdrowego rozsądku.
Oczywiście również rozsądny człowiek zmienia sposób wykonywania
ćwiczeń (mechaniczne naśladowanie nauczyciela i powtarzanie tego,
czego się człowiek kiedyś nauczył nie prowadzi do rozwoju). Jeśli
jednak nie spotyka się często z własnymi nauczycielami i
współćwiczącymi i nie weryfikuje tych inowacji, dochodzi w końcu do
czegoś, co go od doskonałości oddala. Umiejętności bowiem rozwijają
się jedynie wtedy, gdy poddawane są realnemu sprawdzianowi i
porównaniu z umiejętnościami innych. Własni uczniowie, z definicji
mniej zaawansowani, nie są w stanie takiej weryfikacji dostarczyć,
choć ich podziw na pewno jest plastrem na bolączki ego.
Drugim zastrzeżeniem, jakie należy wysunąć wobec tego typu patentów
czy certyfikatów jest to, że umiejętności w wewnętrznych sztukach
walki są trudne do weryfikacji.
Wielki mistrz Chen
Xiaowang wielokrotnie podkreślał, że ani ilość lat treningu,
ani liczba zapamiętanych form, ani nawet słynne
"pięć poziomów" umiejętności (będących bardziej rodzajem
programu nauczania, niż odpowiednikiem "dana" czy
"kyu") nie decydują właściwie o tym, czy ktoś naprawdę umie
taijiquan. Niektórym wystarczy znajomość jednej formy i parę
lat ćwiczeń, by odnieść sukces. Niektórym wiele lat poznawania
różnych stylów, prowadzenie własnych szkół i zapamiętanie mnóstwa
ćwiczeń formalnych nic nie pomaga.
Jak już stwierdzono na innych podstronach tego serwisu, opanowanie
taijiquanu zależy nie od form, lat treningu czy ilości uczniów,
lecz od prawidłowej "struktury" ciała, jego rozluźnienia
i ruchu uwagi w trakcie ćwiczeń (za którym powinny następować
przepływy energii, "subtelnych płynów" i krwi). Z natury
swej podobne zjawiska są nieweryfikowalne, choć widoczne
dla obserwatora z boku jako płynność i harmonijność ruchu oraz dobre
zrównoważenie sylwetki. Oczywiście, dla osób na wyższym poziomie
(o silniejszej energii wewnętrznej) nie stanowią żadnej tajemnicy,
ale nie sposób pokazać ich osobie postronnej dla uzasadnienia swojej
opinii o ćwiczącym.
Tam, gdzie stopnie (instruktorskie, nie słyszałem jeszcze o stopniach
szkoleniowych) funkcjonują (np. w Niemczech) ewentualne egzaminy są
w gruncie rzeczy tylko pretekstem do przyznania ich instruktorowi,
łagodzącym arbitralność decyzji sifu. Jakoś tak jest,
że człowiek, o którego "wnętrzu" mistrz nie ma dobrej opinii,
egzaminu i tak nie zdaje...
Z powyższych względów w WCTA-PTRChen
nie ma ani przyznawania stopni instruktorskich, ani dyplomów. Zarówno
Towarzystwo, jak i ja osobiście możemy odpowiedzialnie gwarantować
poziom tylko takich osób, jakie względnie regularnie pojawiają się
- wraz ze swoimi studentami - na wspólnych seminariach i obozach
(PTRChen lub
WCTAG). Bez tego nie jestem
bowiem w stanie zorientować się, w jakim kierunku rozwija się
instruktor, a nie widując jego uczniów nie mogę stwierdzić,
czy potrafi skutecznie przekazać swą wiedzę: Metody mnie
nie interesują - zależą od grupy i osobowych cech instruktora.
Z tego względu próby standaryzacji programu nauczania są bez sensu.
Mają bowiem zapewnić, że nawet kiepski nauczyciel będzie dobrze uczył,
jeśli tylko trzymać się będzie osnowy programowej. W dziedzinie
wewnętrznych sztuk walki, trudno weryfikowalnej, zły nauczyciel
nie jest w stanie nikogo nauczyć, nawet jeśli ma dobre wskazówki
czy program. A dobry potrafi dostosować nauczanie do grupy i żadne
programy czy standardy nie są mu potrzebne.
Jeśli przyjąć teoretycznie, że kiedyś powstanie potrzeba wydawania
dyplomów, z całą pewnością będą one ważne przez określony czas (do
roku), a ich odnowienie będzie uzależnione od uczestnictwa we wspólnych
imprezach i odbywającej się przy okazji oceny instruktora.
Ci którzy mniej czy bardziej regularnie poddają się weryfikacji,
biorąc udział w seminariach i obozach, a ich postępy gwarantują dobry
poziom nauczania wymienieni są na naszym serwerze w dziale
Przedstawiciele
i oddziały. W tym miejscu należy wyraźnie stwierdzić, że:
jedynie osoby, wymienione tam jako instruktorzy lub
przedstawiciele WCTA-PTRChen mają prawo do posługiwania się nazwą
Towarzystwa lub powoływania się na
Jaromira Śniegowskiego
(np. twierdzenia, że byli moimi uczniami lub że uczą tego samego).
Mamy zasadę, że instruktor jest gwarantem poziomu wyłącznie swoich
uczniów. A więc powoływać się na mnie może ten, kto bierze udział
w moich obozach lub zajęciach. Natomiast o kwalifikacje pozostałych
członków Towarzystwa należy pytać ich nauczycieli. Jeśli gwarantuję,
że instruktor jest dobry (umieszczając go na oficjalnej liście),
to można domniemywać, że powołujący się na wymienionego na niej
instruktora adepci także są dobrze nauczani. Jednak ich poziomu
nie potwierdzam ja (chyba, że uczestniczyli w moich treningach - wtedy
robię to po konsultacji z osobą prowadzącą zajęcia, w których biorą
udział na co dzień) lecz osoba, która ich uczyła.
Wychodzimy z założenia, że nieuczciwe byłoby zmuszanie nauczyciela
do firmowania czegoś, na co nie miał wpływu**.
Za wyjątkiem jednej osoby, żyjącej na Śląsku i nie prowadzącej
w tej chwili żadnych grup czy szkoły, nikomu nie wymienionemu
na stronach www.chen.org.pl nie pozwoliłem na posługiwanie się
moim nazwiskiem ani nie udzielałem zgody na samodzielne prowadzenie
zajęć. Jeśli Czytelnik (Czytelniczka) się z czymś takim spotkał,
śmiało może zarzucić takiej osobie kłamstwo, a mnie zawiadomić
o podobnym nadużyciu.
Muszę też powiedzieć, że zawsze wydawało mi się, iż próba zdobycia
prawa do posługiwania się czyimś nazwiskiem lub opinią kosztem
opłacenia paru lat treningów, egzaminu albo składki członkowskiej
ma wyraźne cechy wyłudzenia. Jeśli ktoś czuje się na tyle dobrze,
iż nie uważa za słuszne konsultowanie swojej działalności z innymi
instruktorami Towarzystwa lub ze mną osobiście, powinien prowadzić
działalność pod własnym nazwiskiem i sam brać odpowiedzialność za to,
co robi.
* Oczywiście, tylko
na pierwszy rzut oka. W rzeczywistości uważny obserwator dość łatwo
może zorientować się, że instruktor nie ma zbyt wysokich umiejętności,
gdyż brak harmonii i koordynacji ruchów oraz nienaturalne napięcie
niektórych części ciała widoczne są nawet dla osób nie mających
pojęcia o sztukach walki. W tym wypadku muszę odwołać się
do autentycznej anegdoty, która jednak z uwagi na dosadny język,
jakim posługiwał się biorący w niej udział stary juhas z jednej
z hal przy szlaku z Runka na Pustą Wielką przeznaczona jest dla osób
pełnoletnich. Jeśli więc Czytelnik/czka ukończyła
18 lat
może czytać dalej. Jeżeli jednak jest
niepełnoletnia, powinna powrócić
do właściwego tekstu.
Wspomniany juhas, obserwując raz indywidualny trening jednego
z moich uczniów, bardzo pewnego swoich umiejętności, wyraził pogląd,
że "Tyn to dobry być ni moze". Zapytany przez kierownika
schroniska dlaczego, uzasadnił: "Ej, panie, bo on to sie tak
ruso, jakby mu jaja w dupe kołkiem zabili". Obserwacja była
słuszna. Osoba ta rzeczywiście oznaczała się (i oznacza dalej, choć
samowolnie prowadzi własną działalność) nadmiernym, lękowym napięciem
i przykurczeniem mięśni miednicy, jakby bez przerwy obawiała się
o całość własnego odbytu i genitaliów. Po tej dygresji możemy
powrócić do właściwego tekstu.
**Przykładowo:
WCTA-PTRChen stwierdza, że
Piotr Gęborys z
Lublina
posiada kwalifikacje i wiedzę, pozwalającą mu na nauczanie stylu
Chen (na podstawie tego, co widać na wspólnych imprezach). Natomiast
Piotr Gęborys może to samo powiedzieć o którymś ze swoich uczniów
i jego należy o to pytać. Jeżeli któryś z jego uczniów chciałby
znaleźć się na oficjalnej liście WCTA-PTRChen, powinien brać udział
we wspólnych seminariach i obozach. Jeśli okaże się, że jego rozwój
idzie we właściwym kierunku może zostać (po konsultacjach z Piotrem
Gęborysem) umieszczony na niej. Jeśli były to zajęcia prowadzone
przeze mnie, również ja osobiście mogę polecić go uczniom czy
pracodawcom (po naradzie z Piotrem). Uprawnienia te ważne są jednak
dotąd, dopóki osoba ta pojawia się na wspólnych zajęciach. Po tym
wyjaśnieniu wracamy do właściwego tekstu.
Polskie Towarzystwo Rozwoju Chen Taiji Quan
Oficjalna strona Towarzystwa: www.chen.org.pl,
e-mail: chen@chen.org.pl
Treść: Jaromir Śniegowski, Wykonanie strony: Tadeusz Jasienski