Zawody sportowe a tradycyjne style taijiquan
Kończąc poziom pierwszy...
[...] Wszystko odczuwam jako "zamknięte", a kiedy
skończę, mam uczucie, że spoczywam na chmurze energii. Czuję
więc, że jestem całkiem dobry w taijiquan. Osiągnąłem poziom,
na którym mogę wygrywać zawody w formach. Oznacza to, że
właśnie w tej dziedzninie uzyskam potwierdzenie swych
umiejętności. Mogę usłyszeć -- "Człowieku, to świetnie
wygląda". Rozwija się we mnie poczucie, że czegoś już się
nauczyłem, coś umiem, lecz na zajęciach nikt się mną
wystarczająco nie zajmuje. A przecież jestem championem. [...]
Przecież teraz umiem pozornie wszystko, czuję się z tym
wspaniale, a mimo to jakoś wszystko nie działa [...]
[...] Na zawodach ćwiczący stają naprzeciw siebie, sędzia
gwiżdże, a my czekamy na to, że ktoś wyleci na metr z ringu. W
rzeczywistości widzimy wielkie przepychanie. To nie znaczy
wcale, że zawody są złe, lecz tylko, że ludzie nie są
zaawansowani i prawie wszyscy są na podobnym poziomie. Trzeba
to należycie rozumieć. Wielki mistrz nie będzie tam występował
przeciwko początkującemu; będą tam najczęściej ludzie, z
których jeden ćwiczy cztery, a drugi może sześć lat. Nie ma
między nimi zbyt dużej różnicy. [...]
Powyższe cytaty pochodzą z mającej się ukazać książki
Jana Silberstorffa Pięć poziomów taijiquan według wielkiego
mistrza Chen Xiaowanga. Dotyczą osób, które właśnie
przekraczają pierwszy, podstawowy poziom rozwoju (nie mylić ze
stopniami szkoleniowymi lub instruktorskimi). Oraz fascynacji
zawodami, która się właśnie wtedy im zdarza. Trudno w nich
dopatrzeć się entuzjazmu wobec sportowej rywalizacji. Jednak w
Chen. Żywe taijiquan w klasycznym stylu ten sam Jan
wspomina, że na pewnym poziomie udane starty w konkurencjach
mogą dodać pewności i zmotywować do treningu. A więc zawody są
dobre, czy nie? I czy ich wygrywanie w ogóle o czymś świadczy?
Mój znajomy, właśnie przyjęty członek rodu Chen jest
wielokrotnym championem zawodów sanda, w tym Mistrzostw
Europy, i wicewicemistrzem Chin. Wielokrotnie wzbraniał się
przed podaniem tego do wiadomości wśród adeptów, a mi zdarzało
się o tym wspominać. Nie ze złośliwości, lecz by stworzyć mu
okazję do negowania dumy z minionych startów. Przedstawiało go
to jako osobę mądrą, zdającą sobie sprawę z hierarchii
wartości.
Tak w Europie jak i w Chinach, zarówno wśród startujących jak
i w komisjach, prawie wszyscy osiągnęli pierwszy stopień
rozwoju, albo początek drugiego. Duma ze znalezienia się w
takim towarzystwie byłaby trochę zabawna. Dlaczego jednak nie
ma tam mistrzów? Przecież ich umiejętności predestynują ich do
zajmowania wysokich miejsc?
Problem polega na tym, że zawody muszą mieć jasne dla
postronnych kryteria. Zarówno w formach, jak i w walkach. Na
pierwszym poziomie ćwiczący opanował już formy i dobrze się z
nimi czuje. Natomiast ruch uwagi i podążający za nim ruch
qi pozostają w sferze wiadomości
teoretycznych. Niektórym wydaje się, że coś opanowali, lecz
tak na prawdę to nie działa. W potrzebie sięga się do
sprawności mięśni i uporu. Nasze kwalifikacje dotyczą
umiejętności poruszania ciałem, dają się więc ocenić z
zewnątrz. Startując, czujemy się doceniani.
Na poziomie drugim przez długi czas nic się nie
dzieje. Sfrustrowani mogą zrezygnować -- albo wymyślają własne
techniki. Jeśli się powstrzymają, na pozór dalej nic się nie
zmienia. Ale po przekroczeniu połowy poziomu ruch robi się
wewnętrzny. Naprawdę działa. Nic jednak na zewnątrz nie widać
i członkowie komisji nie są w stanie ocenić tych
postępów. Traci się więc zainteresowanie startami.
Gdyby jednak w komisji siedzieli mistrzowie, mogliby
wydać werdykt co do osób na poziomie wyższym od pierwszego?
Tak, tylko że nie siedzą. Zaawansowany adept jest w stanie
dostrzec wewnętrzne przepływy i bloki, próby maskowania
niedostatków za pomocą zdolności aktorskich i efektownych
ruchów, tak podobających się pozostałym członkom
komisji. (Dotyczy to oczywiście osób na poziomie niższym od
sędziego. Wyższy jest niedostępny, więc mistrzowie nie będą
się poddawać ocenie osób, które nie są w stanie wydać
werdyktu.) Niestety, sędzia taki znajduje się w sytuacji
Kasandry -- nikomu nie może pokazać i dowieść tego, co tak
jasno widzi. Swych arbitralnych decyzji nie uzasadni
zdenerwowanym szefom reprezentacji ani przekonanym o własnej
doskonałości zawodnikom. Nie jest to moje marzenie. I dla
czegoś takiego miałbym tracić: czas przeznaczony na trening i
wszystko, co mógłbym w nim osiągnąć?
Chen Xiaowang w swoim tekście podkreśla wagę Pchających
Dłoni. Nie jako metody szkoleniowej (nic się w ten sposób
nie nauczymy), lecz sprawdzianu postępów. Prawidłowość ich
wykonania, obok coraz mniejszej obszerności kręgów, jakie
zatacza qi w ciele jest wyznacznikiem tego, na jakim
poziomie się znajdujemy. Nie są to jednak zawody. Pod koniec
drugiego poziomu możemy już nie używać brutalnej siły, by
stawić czoło przeciwnikowi. Umiemy neutralizować jego
energię. Ale błędy w postawie sprawią, że załamie się ona, gdy
napotkamiy przeciwnika na poziomie pierwszym (lub w ogóle
początkującego), kóry jednak będzie silny, ciężki i
agresywny. Na trzecim jesteśmy już bezpieczni, lecz nie
potrafimy jeszcze wyzwolić tyle siły wewnętrznej, by
przekonująco obalić kogoś silnego i gwałtownego. Jego
pchnięcia wyglądają bardziej przekonująco. Te niepowodzenia
mogą zadecydować o wyniku zawodów, nie świadczą jednak, że
osoba, z którą mamy kłopoty, jest choć w najmniejszym stopniu
zaawansowana. Tylko laik mógłby twierdzić, że taka wygrana coś
znaczy. Po co więc takie zawody? I czy ich zwycięzcza powinien
kogokolwiek uczyć?
Prawdziwa walka rozgrywa się w kilka, kilkanaście sekund. I
ktoś ginie lub jest okaleczony. Tylko taki wynik byłby
miarodajny. Szanse w takim boju ma jednak ktoś na czwartym
poziomie. Na nim może się obejść bez nauczyciela, który
zresztą na ogół umarł ze starości. Zaczyna sam widzieć swe
błędy -- nie wcześniej. Ale ponoć 99% ćwiczących nie osiągnęło
połowy poziomu drugiego.
Czy więc zawody są potrzebne? Ludzie, którzy nigdy nie
poddają się konkurencji bujają w obłokach. Umiejętności nie
zostały sprawdzone i pozostają w sferze marzeń. Na pewnym
poziomie -- pierwszym -- jedyną rzeczą, która może nas przed
tym uchronić jest start lub surowa ocena nauczyciela. Zawody
grożą jednak, że jeśli weźmiemy je zbyt poważnie, także
stracimy kontakt z rzeczywistością. Uznamy się za mistrzów, a
więc nic nie będziemy mogli poprawić w swej technice. Nie
poddamy się zewnętrznej korekcie. Przecież tak dobry zawodnik
nie może nic robić źle? I jak tu się do tego przyznać? Nie
odrzuciwszy dotychczasowych przekonań, nie możemy zrobić
miejsca na nowe, lepsze. Wielu instruktorów w naszym kraju
znajduje się w takiej pułapce.
To tak, jak z dojrzewaniem. Nastolatki muszą przejść przez
okres "burzy i naporu", popełniać błędy, które w ich
wykonaniu błędami nie są. Generują bowiem bezcenne, osobiste
doświadczenie. Jeśli jednak łysawy, dojrzały facet zachowuje
się tak samo, są to już tylko błędy. Ci pierwsi budzą sympatię
-- ten drugi tylko zażenowanie. Gdy wygranie zawodów wydaje
się Wam konieczne -- zróbcie to. I zostawcie za sobą, bo
zablokujecie postęp. Nawet gdy pojawi się energia wewnętrzna,
to osoba nastawiona na robienie wrażenia nieświadomie skieruje
ją nie do "kości i ścięgien", lecz na
zewnątrz. Przypomina wtedy muskularny skafander, wypełniony
miękkim i galaretowatym rdzeniem. To samo dzieje się z
psychiką.
Jeśli zdarzy się Wam spotkać osobę, która twierdzi, że
uczy tradycyjnego stylu, jak np. Chen, i jednym tchem wymienia
zawody, w jakich startowała i wygrywała, możecie być pewni, że
albo styl nie tak tradycyjny, albo poziom niewielki. A ściśle
mówiąc najwyżej pierwszy. A więc taki, jaki ma każdy członek
zaawansowanej grupy w dobrej szkole taijiquanu,
niezależnie od ilości poznanych form.
Polskie Towarzystwo Rozwoju Chen Taiji Quan
Oficjalna strona Towarzystwa: www.chen.org.pl,
e-mail: chen@chen.org.pl
Treść: Jaromir Śniegowski, Wykonanie strony: Tadeusz Jasienski